Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

1.11.2010

Harry Brown

Podobno nie istnieje film, którego fabuła nie byłaby zbudowana wokół jednego z pięciu (siedmiu? dziewięciu?) Standardowych Tematów. Na pełną listę tychże nigdy nie natrafiłem, ale na szczęście kategoryzacja Harry'ego Browna nie przysparza najmniejszych kłopotów. Pełnometrażowy debiut Daniela Barbera to kino Zemsty par excellence, w którym na prywatną vendettę wyrusza nie Charles Bronson i nie czarnoskóry ochroniarz, lecz brytyjski staruszek. Brzmi śmiesznie? Toteż i młodociani dealerzy mieli ubaw, ale tylko na początku.

Dwa niepodważalne atuty Harry'ego Browna zostają wyłożone na ekran już w pierwszej scenie. Po pierwsze, od razu widać, że reżyser świetnie radzi sobie z narracją wizualną. Co prawda nie mamy tu do czynienia z maestrią rodem z Okna na podwórzu ani z długimi bezdialogowymi sekwencjami jak w To nie jest kraj dla starych ludzi, lecz Barber i tak zasługuje przynajmniej na ocenę bardzo dobrą. Przeszłość oraz usposobienie Harry'ego poznajemy ze spokojnych, niespiesznych, doskonale rozplanowanych kadrów, bardziej kojarzących się z produkcją niezależną aniżeli z dramatem sensacyjnym. Umiejętne, zimne operowanie obrazem pozwoliło reżyserowi w późniejszych partiach filmu na naturalistyczne odmalowanie brudnej i brutalnej rzeczywistości angielskiego przedmieścia.

Druga mocarna strona Harry'ego Browna, to, jakżeby inaczej, sir Michael Caine. Wielki brytyjski aktor mimo wiszącego nad głową ósmego krzyżyka jest w znakomitej formie, choć trzeba przyznać, że rola starego, zmęczonego życiem, wyruszającego w ostatni bój człowieka nie bez powodu bardzo do niego pasuje. Zresztą, "trafił swój na swego": Caine radzi sobie jak ryba w wodzie właśnie dlatego, że reżyser wykorzystuje w pełni jego aktorską charyzmą, a scenariusz Gary'ego Younga nie wkłada w usta odtwórcy tytułowej roli żadnych zbędnych kwestii dialogowych.

Dwa pierwsze akty ogląda się pierwszorzędnie. Niestety w ostatnich dwudziestu minutach film, nie wiedzieć czemu, skręca niespodziewanie w kliszę. Czyżby brak pomysłu? Ale przecież wystarczyło do samego końca iść za psychologicznym ciosem.

★★★★☆☆

29.10.2010

The Picture of Dorian Gray [2004]

Jeżeli film jest wybitnie zły, nie pomoże mu, że nakręcono go na podstawie bardzo znanej powieści. Nie przypominam sobie, bym miał okazję obejrzeć którąś inną z licznych ekranizacji Portretu Doriana Graya. Wiara, że wszystkie pozostałe są lepsze od wersji wyreżyserowanej przez Davida Rosenbauma, przychodzi mi jednak niezwykle łatwo.

Historię Doriana Graya znają chyba wszyscy. Tytułowy narcystyczny przystojniak (tutaj kreowany przez Josha Duhamela, prywatnie męża Fergie) zostaje zarażony hedonizmem przez przyjaciela, lorda Wottona. Inny snobistyczny kolega (tudzież koleżanka, bo w filmie zmieniono mu płeć z powodów homofobicznych), artysta Basil, zafascynowany pięknem Doriana, maluje jego portret. Gray bombastycznie stwierdza, że gotów byłby sprzedać swoją duszę, byle tylko zamiast niego samego starzał się Dorian z obrazu. Pochopne życzenie zostaje spełnione. Rzecz w tym, że zachowanie wiecznej młodości wpłynie demoralizująco na i tak zdemoralizowanego już bohatera... a każdy popełniony przez niego grzech będzie dodatkowo zniekształcał namalowany wizerunek.

Nie wiem jakich grzechów dopuścili się swojego czasu aktorzy zaangażowani do filmu, lecz ich gra jest tak potwornie zdeformowana, że kładzie Rosenbaumowski Portret... na całej linii. Ekranizacja Wilde'a A.D. 2004 to fascynujące studium drewnianych deklamacji, sztucznej gestykulacji, a nawet nienaturalnego poruszania się. Strona realizacyjna również leży z jednym małym wyjątkiem (choć poniekąd wyjątek także leży): na plus wyróżnia się ładnie nakręcona scena łóżkowa z Dorianem i Sybil Vane (w tej roli znana z Jericho i Mad Men Darby Stanchfield).

Jeżeli przyjąć, że Rosenbaum nakręcił na motywach prozy Wilde'a film homoerotyczny, który najpierw przerobiono na heteroerotyczny, a potem i tak wycięto z niego wszystkie momenty, wiele się wyjaśni.

★☆☆☆☆☆

25.10.2010

The Last Castle

Podobno w pierwotnej wersji scenariusza generał Irwin był postacią wysoce dwuznaczną: dowódcą wojskowym tyleż zdolnym, co brutalnym i zaborczym. Po trafieniu za kraty wojskowego więzienia (zbudowanego na terenie dawnego zamku) miał rozpocząć walkę o serca i umysły osadzonych, wypowiadając zarazem prywatną wojnę dobrodusznemu pułkownikowi Winterowi, kierownikowi placówki.

Pomysł szybciutko zarzucono, gdyż główną rolę otrzymał Robert Redford. No bo jakże to — Redford grający moralnie wątpliwego oficera? Fabułę przerobiono. Generał Irwin stał się szlachetnym kontynuatorem najlepszych tradycji US Army, a Winter paskudnym i oślizgłym tchórzem o skłonnościach sadystyczno-dyktatorskich.

Niewykorzystane sytuacje się mszczą. Skliszowana konfiguracja postaci pogrzebała film Roda Luriego przysypując go piachem kreacji Redforda i Gandolfiniego. Podrywający współwięźniów do buntu Irwin jest nudny; R.R. gra go zresztą zupełnie bez zaangażowania. Winter wypada natomiast nieprzekonująco. Gdyby chociaż był karykaturalny... Potagonista i antagonista są, krótko mówiąc, przeraźliwie bezbarwni.

The Last Castle nie ogląda się co prawda beznadziejnie źle, ale film ten nie ma do zaoferowanie widzowi po prostu nic. Pierwsze dwa akty to niewiarygodny psychologicznie dramat więzienny, a ostatnie pół godziny wypełnione jest akcją każącą poważnie wątpić w wyszkolenie i procedury stosowane przez filmowych strażników. Odpowiedzialność spoczywa jednak nie na nich. Oskarżyć i osądzić należy Irwina, za którego wstydzić się muszą i Hannibala Smitha, i Henry Brubaker.

★★☆☆☆☆

7.09.2010

Scent of a Woman

Po urlopowej przerwie sięgam na górną półką. Jednakowoż napomknięcie o fabule Zapachu kobiety siłą rzeczy zakładałoby, że czytelnik tego filmu nie zna — a to musiałoby go obrazić. Ograniczę się więc do trzech spostrzeżeń.

Pierwsze dotyczy reżysera, którego nazwisko nie jest szczególnie znane. Wypada jednak pamiętać, że Martin Brest nakręcił nie jeden, a trzy kapitalne filmy, do tego pod rząd. Poza Zapachem kobiety sprzed jego kamery wyszły dwie świetne komedie sensacyjne: Gliniarz z Beverly Hills i Zdążyć przed północą. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dostaliśmy jeszcze Joe Blacka z eschatologiczną rolą Brada Pitta. A potem? Potem Gigli i Brest trafił do reżyserskiego niebytu. Gigli został bowiem uznany za wtopę dekady i jeden z najgorszych wytworów kinematografii w ogóle. Trochę trudno mi w to uwierzyć, ale dopóki nie obejrzę, dopóty nie będę się wypowiadał.

Drugie spostrzeżenie związane jest już bezpośrednio z Zapachem kobiety. Otóż wysunę obrazoburczą tezę, jakoby film w ujęciu całościowym nie był szczególnie porywający. Sztampowy schemat — mentor odzyskuje sens życia dzięki swemu uczniowi — został zrealizowany z większym wdziękiem na przykład w Szukając siebie. O wielkości dzieła Bresta świadczy dopiero Genialna Kreacja Genialnego Aktora, który występuje w Szeregu Miażdżąco Dobrych Scen. Co więcej, nie można powiedzieć, że Szereg wynika wprost z Kreacji, bo przecież to scenariusz daje Alowi ogromne i całkowicie wykorzystane pole do popisu. Scenarzysta i odtwórca głównej roli zresztą przesadzili, gdyż film w rezultacie zamienił się w ciąg wyrazistych epizodów: pierwsze spotkanie podpułkownika i Charliego, ciach, podpułkownik urządza Charliemu wykład o cipce, ciach, kolacja z bratem, ciach, podpułkownik tańczy tango z tytułową donną... i tak dalej.

Wreszcie, w ramach trzeciego spostrzeżenia załamię ręce nad pewną zaprzepaszczoną szansą. W Zapachu kobiety Alowi Pacino partneruje Chris O'Donnell, aktor, bądźmy szczerzy, bardzo przeciętny, którego obecność na planie może i nie przeszkadza, ale którego kreacja w żaden sposób nie dopełnia podpułkownika Slade'a. Kogo natomiast widzimy na drugim planie? Młodego Philipa Seymoura Hoffmana, wtedy również stojącego na początku kariery. Straszna szkoda, że castingowcy nie zrobili roszady. O'Donnell w tle, Hoffman u boku Pacino, i już nie "kulawy" prowadziłby ślepego...

Swoją drogą, czy ktoś widział włoski pierwowzór?

★★★★★☆