Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

5.10.2010

An Unfinished Life

Lasse Hallström przebił się na Zachodzie w 1993 roku filmem Co gryzie Gilberta Grape'a. Niestety, późniejsze dzieła szwedzkiego reżysera nie zbliżyły się na wiorstę do poziomu amerykańskiego debiutu. Niektóre były słabsze (Kroniki portowe z żenującym domem na kółkach), inne nieco ciekawsze (oskarżona przez Łysiaka o propagowanie lewactwa Czekolada), lecz wszystkim zdecydowanie zabrakło filmowej magii. Niedokończone życie nie stanowi tu wyjątku.

Jean (Jennifer Lopez), poniewierana fizycznie przez partnera, ucieka z domu razem z małą córką (z poprzedniego związku). Schronienia szukają u dziadka dziewczynki, mrukliwego farmera Einara (Robert Redford), który niedoszłej synowej nie lubi, obarczając ją winą za śmierć swego jedynego dziecka. Dalej wszystko rozwija się w bardzo przewidywalnym kierunku: Jean i Griff na nowo zaczną układać sobie życie w Wyoming, Einar zaprzyjaźni się z nigdy wcześniej nie widzianą wnuczką, otrząśnie z permanentnej żałoby po synu, odstawi flaszkę, przekona do Jean. Cała trójka nie wiedzieć kiedy zacznie na nowo tworzyć szczęśliwy dom. Dobrotliwym świadkiem wzruszających wydarzeń będzie zniedołężniały Murzyn (Morgan Freeman) przyglądający się Gilkysonom z ganku swojej chatynki. Rolę hallströmowskiej żenady przyjdzie natomiast odegrać niedźwiedziowi.

Pojawienie się w miasteczku byłego Jean niewiele zmieni, bo filmy Hallströma to doskonały przykład obyczajówek nie będących dramatami. Nie ma tu miejsca na narastające konflikty interesów zwieńczone tragedią lub przynajmniej bolesnym kompromisem. Reżyser stara się tylko obserwować zwykłych ludzi zmagających się z przeciwnościami losu, próbuje przekonująco przybliżyć widzowi codzienne troski i zmartwienia swoich bohaterów. Ale nie wychodzi, nie wychodzi. Za dużo ckliwości.

★★★☆☆☆

1.08.2010

The Terminal

W długiej i wspaniałej filmografii Stevena Spielberga, hollywoodzkiego wirtuoza kina rozrywkowego, znajdziemy przynajmniej dwie ciemne plamy. Jedna, bardziej ohydna, to oczywiście brutalny gwałt dokonany dwa lata temu na bezbronnym, starym Indianie Jonesie. W związku z drugą, nieco wcześniejszą, do aktu kazirodztwa co prawda nie doszło, ale i tak Spielberg dopuścił się wtedy wydania mówiącego po bułgarsku Toma Hanksa na żer krytyków. 

Viktor Navorski, uosobienia wyobrażenia przeciętnego Amerykanina o mieszkańcu Europy Wschodniej, ląduje na nowojorskim JFK. Zaraz po przylocie okazuje się, że nie wolno mu opuścić terenu terminalu. Otóż w trakcie transatlantyckiego lotu w ojczyźnie Navorskiego, Krakozii (sic!), nastąpił przewrót, wskutek którego wiza Viktora utraciła ważność. Notabene, razem z wizą ważność utracił również paszport, więc Navorski, jako bezpaństwowiec, nie może teraz wrócić do domu. Przez najbliższe miesiące nasz bohater będzie więc musiał mieszkać na lotnisku. W terminalu JFK nauczy się tęsknić, marzyć, kochać, a także walczyć o godność naszą i waszą. 

Brzmi naciąganie i mdło? Tylko mdło. Navorskiego oparto o fakty: scenariusz został zainspirowany historią Irańczyka هران کریمی ناصری, który przez osiemnaście lat koczował na lotnisku Charlesa de Gaulla. Zresztą, ileż takich dramatów zna warszawski Dworzec Centralny. Etiuda już nie, bo Etiudę zamykali na noc. 

Terminal stałby się pewnie bardzo dobrym filmem, gdyby tylko Spielberg na coś się zdecydował. Na przykład na namalowanie obyczajowego portretu mikrokosmosu, jaki stanowi terminal wielkiego, międzynarodowego lotniska. Albo na metaforę ukazującą bezradność uczciwych jednostek w obliczu bezlitosnej machiny biurokratycznej. Albo na wykpienie terrorystycznej fobii Stanów Zjednoczonych po 11 września, i wzięcie pod lupę złowrogich następstw tejże fobii. Albo na skonstruowanie lotniskowej intrygi kryminalnej, którą rozwiązuje jej mimowolny świadek. Albo chociaż na nakręcenie komedii romantycznej z Tomem Hanksem i Catheriną Zetą-Jones. 

Niestety. Film ma kilka krótkich przebłysków, które pokazują, że fabuła faktycznie mogłaby skręcić w dowolny z wyżej zaproponowanych kierunków. Ale nie skręca. Nie pozwala jej na to długi, nudny fragment, który zaczyna się krótko po pokazaniu tytułu, a kończy na wysokości listy płac. Za gwóźdź do trumny służy żenujący slapstick w wykonaniu Hanksa. Mimo wszystko daję dwie gwiazdki, bo od strony czysto rzemieślniczej trudno się tutaj do czegoś przyczepić. Szkoda tylko, że owa solidna rzemieślnicza robota jest równie bezduszna co funkcjonariusz straży granicznej sprawdzający nasz paszport.

★★☆☆☆☆