Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

29.10.2010

The Picture of Dorian Gray [2004]

Jeżeli film jest wybitnie zły, nie pomoże mu, że nakręcono go na podstawie bardzo znanej powieści. Nie przypominam sobie, bym miał okazję obejrzeć którąś inną z licznych ekranizacji Portretu Doriana Graya. Wiara, że wszystkie pozostałe są lepsze od wersji wyreżyserowanej przez Davida Rosenbauma, przychodzi mi jednak niezwykle łatwo.

Historię Doriana Graya znają chyba wszyscy. Tytułowy narcystyczny przystojniak (tutaj kreowany przez Josha Duhamela, prywatnie męża Fergie) zostaje zarażony hedonizmem przez przyjaciela, lorda Wottona. Inny snobistyczny kolega (tudzież koleżanka, bo w filmie zmieniono mu płeć z powodów homofobicznych), artysta Basil, zafascynowany pięknem Doriana, maluje jego portret. Gray bombastycznie stwierdza, że gotów byłby sprzedać swoją duszę, byle tylko zamiast niego samego starzał się Dorian z obrazu. Pochopne życzenie zostaje spełnione. Rzecz w tym, że zachowanie wiecznej młodości wpłynie demoralizująco na i tak zdemoralizowanego już bohatera... a każdy popełniony przez niego grzech będzie dodatkowo zniekształcał namalowany wizerunek.

Nie wiem jakich grzechów dopuścili się swojego czasu aktorzy zaangażowani do filmu, lecz ich gra jest tak potwornie zdeformowana, że kładzie Rosenbaumowski Portret... na całej linii. Ekranizacja Wilde'a A.D. 2004 to fascynujące studium drewnianych deklamacji, sztucznej gestykulacji, a nawet nienaturalnego poruszania się. Strona realizacyjna również leży z jednym małym wyjątkiem (choć poniekąd wyjątek także leży): na plus wyróżnia się ładnie nakręcona scena łóżkowa z Dorianem i Sybil Vane (w tej roli znana z Jericho i Mad Men Darby Stanchfield).

Jeżeli przyjąć, że Rosenbaum nakręcił na motywach prozy Wilde'a film homoerotyczny, który najpierw przerobiono na heteroerotyczny, a potem i tak wycięto z niego wszystkie momenty, wiele się wyjaśni.

★☆☆☆☆☆

13.10.2010

Dawn of the Dead [2004]

W 2004 roku Zack Snyder był reżyserem zupełnie nieznanym, mającym na koncie zaledwie parę drobiazgów. W ramach swego kinowego debiutu postanowił wziąć się za bary z legendą, wróć, z sequelem legendy horroru. Trudno powiedzieć, dlaczego Snyder zremake'ował Świt żywych trupów zamiast Nocy.... Może zadecydowały o tym względy produkcyjne (druga wersja Nocy... ukazała się w 1990 roku i wytwórnia nie chciała, by tak szybko kręcono trzecią), a może sam reżyser uznał, że środkowa część trylogii Romero daje mu największe pole do popisu. Tak czy owak, był to doskonały wybór.

Świt żywych trupów AD 2004 jest najgenialniejszym znanym mi horrorem akcji i jednym z najwybitniejszych znanych mi horrorów w ogóle. Film Snydera o kilkanaście długości dystansuje niemrawy, aczkolwiek klimatyczny pierwowzór. Nowy Świt... oglądałem po raz pierwszy w małej salce multipleksu, nie mogąc się zdecydować, czy siedzieć na krawędzi fotela czy raczej pozwolić się w tenże fotel wgnieść. Po zakończeniu seansu i wyjściu z kina przez resztę dnia postrzegałem rzeczywistość przez pryzmat filmu. Potem zdarzyło mi się to tylko raz, po Cloverfield.

Z wcześniejszego o dwa lata zombie-horroru 28 dni później Snyder zaczerpnął tylko jeden pomysł — krwiożerczy ożywieńcy biegają. Poza tym Świt... świadomie i z żelazną konsekwencję poszło w zupełnie innym kierunku. Podczas gdy film Boyle'a był postapokaliptycznym tłumaczeniem powiedzenia "człowiek człowiekowi wilkiem" na "zombie zombie zombie", Snyder wiernie zrealizował główne punkty romerowskiego kanonu, dopinając przy tym na ostatni guzik warstwę techniczną, dorzucając kilka przecudnych motywów (pies ignorowany przez zombiaki, dramat Andy'ego, makabryczny poród, autobusy-fortece "Dead Reckoning") i oblewając wszystko dynamiką gęstą jak zombiacza krew. Szybki, precyzyjny, narzucający szalone tempo montaż oraz niestereotypowe (wbrew początkowym pozorom!) postacie wyniosły Świt żywych trupów wysoko wysoko ponad horrory klasy B.

Lepszego filmu o grupie ocalałych oblężonych przez stada potworów długo nie będzie. A jeżeli spece od horrorów utracą umiejętność tworzenia efektów specjalnych bez CGI — nie będzie już nigdy.

★★★★★★

11.08.2010

White Noise

Każdy film, niezależnie od gatunku, może okazać się filmem średnim. Jednak średniakowatość średniego horroru jest jedyna w swoim rodzaju. Średnią obyczajówkę, średnią sensację, średnią komedię da się obejrzeć bez bólu zębów. Natomiast średni horror nuży. Zamiast straszyć, irytuje i budzi zażenowanie. Zasada "tak głupie, że aż śmieszne" obowiązuje dopiero poniżej pewnego pułapu. Średnie horrory tkwią niestety w ponurym limbusie.

Już wiecie jakim filmem, i pod względem gatunkowym, i jakościowym, są Głosy. Ale to jeszcze nie cała historia. Otóż średnim horrorom przysługuje czasowy parametr określający, w którym momencie widz traci resztkę nadziei, że film się jeszcze wyciągnie. W przypadku Głosów ów parametr jest bardzo wysoki i wynosi jakieś 90 minut. A dzieło Geoffreya Saxa trwa okołu stu.

Krótko mówiąc: Średni horror, który da się obejrzeć (prawie) bez bólu zębów.

O co chodzi? Oczywiście, o duchy. Jednak takie idące z, ekhem, duchem czasu, które zamiast brzękać łańcuchami komunikują się ze światem żyjących poprzez szumiące telewizory, trzeszczące radia i trzaskające dyktafony. Architekt Jonathan Rivers (Michael Keaton) traci w wypadku ukochaną żonę. Niedługo potem kontaktuje się z nim medium i tak oto bohater dowiaduje się o EVP, dwudziestopierwszowiecznej ouijy. Sceptycyzm Riversa ulatnia się szybko i młody wdowiec wkrótce postanawia zainwestować w spritystyczny sprzęt RTV. Pragnie skontaktować się ze zmarłą żoną, ale po Drugiej Stronie czeka przecież nie tylko ona...

Głosy na początku są przewidywalne. Potem przez kwadrans nudne, bo razem z Keatonem musimy wpatrywać i wsłuchiwać się w tytułowe białe szumy. Ale jednocześnie w tle pojawia się narastająca nutka (niespecjalnie strasznego) napięcia, która jakoś utrzymuje nas przed nomen omen telewizorem. Przyznajmy, że twórcy nie sięgnęli po najtańsze rozwiązania fabularne, że pokusili się o parę malutkich twistów, że odwlekli konfrontację z Potworem. Gdy więc film w drugiej połowie się wreszcie trochę rozkręca, ogląda się go... znośnie. Kanału koniecznie zmieniać nie trzeba.

★★★☆☆☆