20.09.2010

Bad Company

W przeciągu niecałych dziesięciu lat powstały dwa filmy o tym tytule. Ten wcześniejszy, z 1995 r., odznaczał się przynajmniej śmiałymi scenami erotycznymi. Ten późniejszy, z 2002 r., który obejrzałem w weekend, nie zasłynął niestety niczym szczególnym.

Motyw sobowtóra infiltrującego przestępczą siatkę pojawiał się już w Face/Off i The Assignment. Pod względem efektowności i klimatu Złe towarzystwo  nie dorasta im do kolan. Sprawy mają się następująco: Działający pod przykrywką agenci CIA chcą kupić od rosyjskiej mafii walizkową bombę termojądrową (sic), by nie pozwolić na wpadnięcie unikatowego egzemplarza śmiercionośnej broni w ręce bałkańskich terrorystów. Gdy ci ostatni zabijają jednego z tych pierwszych, służba wywiadowcza rekrutuje brata bliźniaka zastrzelonego funkcjonariusza. Inaczej operacji dokończyć się nie da, twierdzi zwierzchnik przypominający Huberta Urbańskiego. Ponieważ bliźniak (Chris Rock) to stereotypowy krzykliwy czarnoskóry brother, drugi agent (Anthony Hopkins) stanie przed trudnym zadaniem wytres..., znaczy, nauczenia nowego kolegi niezbędnych procedur.

Bad Company to film akcji z elementami komediowymi w postaci Chrisa Rocka. Jego hałaśliwa, hip-hopowa maniera zagłusza jedyny mocny punkt tego filmu: Hopkinsa. Obaj panowie pasują do siebie jak pięść do nosa; trudno zrozumieć, dlaczego Schumacher nie poprowadził ich inaczej, dlaczego pozwolił na tak niekompatybilne style gry. Jasne, od czasu do czasu dziwnym kombinacjom aktorskim zdarza się niespodziewanie zaiskrzeć, ale tutaj scenariusz nie dałby pola do popisu żadnemu duetowi. Diagnoza jest prosta: Po pierwszej pół godzinie film staje się nudną, przegadaną strzelaniną. Całość ożywiają odrobinę one-linery Rocka sypiące się niezmordowanie aż do napisów końcowych.

Byłbym zapomniał. Złe towarzystwo przedstawia widzom jeden z najgłupszych szpiegowskich gadżetów ever. To "bondowski" zegarek z dużym czerwonym przyciskiem. Po naciśnięciu uruchamia się piskliwy alarm, który sprowadza posiłki. Wygląda to więc tak: Hopkins i Rock są w kościele na spotkaniu z bandziorami, spotkanie poszło kiepsko, w agentów wycelowano kilkanaście luf, od krwawej egzekucji dzielą nas sekundy. "Która godzina, panie Turner?", pyta lodowatym głosem Hopkins, a Rock unosi przegub, naciska przycisk, zegarek zaczyna piszczeć, wybucha chaos i obaj bohaterowie uchodzą cało z opresji.

★★☆☆☆☆

6 komentarzy:

  1. A może są chociaż nieśmiałe sceny erotyczne? Poster wygląda obiecująco!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki spojler, nie czytam już tego blogasa! :( ;( :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm. Jaki spojler? Gdzie spojler? Chodzi o te "one-linery sypiące się aż do napisów końcowych"? W filmach tego typu żaden bohater prawie nigdy nie ginie, a jeśli już, to Heroiczną Śmierć ponosi Stary Weteran, nie jego Młody Uczeń. O postaci Hopkinsa przecież nic nie napisałem. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, późna pora, nie załapałem ironii. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To gdzie miał być ten niespojler? :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba ostatni akapit, "piszczący zegarek". :) Ale to nie była wcale końcówka filmu...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.